Dwóch na karuzeli

Kto dziś jeszcze pamięta rok 2005, w którym Marcin Matkowski i Mariusz Fyrstenberg znaleźli się na zakręcie kariery, niepewni, czy powinni szukać szczęścia razem, czy na własną rękę, a nawet - czy w ogóle zostać przy deblu?

Wtedy byli zmęczeni sobą do tego stopnia, że musieli rozstać się na pewien czas, dobierając sobie innych partnerów. Szybko jednak znów połączyli siły i sezon 2006 pokazał, że było warto. W indywidualnym rankingu deblowym, decydującym o dopuszczeniu do turniejów, obaj zawodnicy przeskoczyli w ciągu roku o ponad trzydzieści pozycji, w okolice 16-17 miejsca. W ATP Doubles Race przez cały sezon byli w pierwszej dziesiątce. Przede wszystkim jednak spełnili kolejne swoje marzenie. Okazało się, że nawet miejsce w finale Masters, wśród ośmiu najlepszych par sezonu, jest na wyciągnięcie ręki, gdy się bardzo chce.  Jako pierwsi od 30 lat Polacy wystąpili w finałowym turnieju sezonu. Przed nimi był tylko Wojciech Fibak.

Trudna miłość

- Znamy wreszcie swój poziom i wychodząc na kort wiemy, co musimy zrobić i jak. To kwestia psychologii, a nie odbijania piłek. Wcześniej tak naprawdę nie mieliśmy pojęcia, na co nas stać - tłumaczy Marcin Matkowski. Na co ich stać, Polacy dowiedzieli się już na początku roku 2006, gdy po raz pierwszy dotarli do półfinału turnieju Wielkiego Szlema - nie na ulubionej dotąd paryskiej mączce, lecz na twardym korcie w Australii, przed publicznością, która potrafi docenić debel jak żadna inna. - Gdy są sukcesy, nie trudno o motywację do pracy. Czuję wtedy, że ja kocham tenis, a tenis kocha mnie - mówi Matkowski, ale nie da się ukryć, że czasami jest to trudna miłość. Kto wybiera debel jako sposób na tenisowe życie, musi przywyknąć do pustych trybun, niższych premii, a czasem również do niepewności, co wymyśli ATP. Gra podwójna bywa bardziej efektowna od meczów singlistów, a na pewno dużo bardziej urozmaicona, ale mimo to pozostaje od lat zaniedbanym dzieckiem tenisa. ATP chce to zmienić, w pewnym momencie jednak jej działacze zaczęli się zachowywać jak ojciec, który nagle przypomina sobie o swoich obowiązkach i próbuje wszystkie zaległości odrobić naraz. A do tego sam wie lepiej, co jest dziecku potrzebne. Stąd wziął się korowód eksperymentów z liczeniem punktów, np. gra do pięciu gemów - bywało, że sami gracze gubili się, czy to już koniec seta, czy mają walczyć dalej. Do tego projekt wprowadzenia takich zachęt dla singlistów, w efekcie którego w drabinkach turniejowych mogłoby zabraknąć miejsca dla dotychczasowych specjalistów od gry w parach. To było jak wypowiedzenie wojny najlepszym specjalistom od gry podwójnej, a oni podjęli wyzwanie. Zaczęli walczyć o swoje pod hasłem „Ratuj debel” (Save Doubles). Dowodzili Mike i Bob Bryanowie, każda broń była dobra: od koszulek z napisem „Deble tak, ATP nie”, przez płomienne mowy, po pozew sądowy. Debliści oskarżyli w nim tenisowe władze o to, że chcą uatrakcyjnić grę podwójną nie zważając na interesy tych, dla których ta konkurencja była do tej pory sposobem na życie.

Loteria na remis

Nowi działacze ATP postawili jednak na grę podwójną, intensywnie ją promują, więc pozew został wycofany - opowiada Matkowski. Kierownictwo ATP obiecało, że będą widoczni na głównych kortach (co najmniej sześć deblowych meczów w turnieju musi zostać rozegranych na korcie centralnym) i w telewizji, ale tenisiści musieli dać coś w zamian. Dali przyzwolenie na zmiany w punktacji - bardziej loteryjne, ale podkręcające tempo meczu. W pierwszych dwóch setach nadal walczy się do sześciu gemów, zrezygnowano jednak z gry na przewagi i z trzeciego seta. Zastąpił go tie-break nazywany królewskim lub super tie-breakiem, rozgrywany do 10 punktów. Wszystko z myślą o telewizji - by skrócić mecze i ułatwić pracę planującym ramówki. Jak oceniają Polacy, po zmianie punktacji (w Wielkim Szlemie i Pucharze Davisa wszystko zostało po staremu) gra stała się bardziej przypadkowa i nerwowa: można szczęśliwie wygrać jednego seta i potem od zwycięstwa dzieli już tylko dziesięć punktów w tie-breaku, a w nim wszystko się może zdarzyć. Przyznają jednak, że gdyby podliczyć, czy w tym sezonie w super tie-breaku oni sami częściej wygrywali, czy przegrywali, wyszłoby mniej więcej na remis. I, jak dodają, łatwo im przełknąć tę nieprzewidywalność nowych reguł, jeśli widzą, że dzięki temu debel zaczyna wychodzić z opłotków. Nawet jedna z amerykańskich stacji przemogła się wreszcie i pokazała finał Wimbledonu z udziałem braci Bryanów.

Pomagać szczęściu

Matkowski i Fyrstenberg zapracowali sukcesami na to, że nowa twarz debla ma również polskie rysy. Dla pary z Polski znalazło się miejsce na billboardach promujących deblową rewolucję. W galeriach zdjęć na stronie internetowej ATP też trudno Matkowskiego i Fyrstenberga przeoczyć. Polacy są jedną z najmłodszych par w czołówce. Cały czas robią postępy, coraz lepiej i odważniej grają przy siatce, choć wciąż najbardziej lubią ostrzeliwać rywali z daleka. W tegorocznej deblowej loterii wyciągnęli dobry los, ale też jak mało kto potrafili pomóc szczęściu. Nie wspominają już o zmęczeniu sobą. Nauczyli się, że poza kortem, kiedy to tylko możliwe, najlepiej chodzić swoimi ścieżkami.

Paweł Wilkowicz, 2006 r.


Bookmark and Share


Theme Tweaker by Unreal